Rozpoznawanie znaczeń w muzyce jest procesem złożonym. Wszak dźwięk z zasady sam w sobie niczego nie znaczy. Niekiedy jednak pojedyncze brzmienia, czy ich układy kojarzymy z określonymi odgłosami rzeczywistości. Jednym ze sposobów przemieszczania się asemantycznego dźwięku ku sferze znaczeń  jest sugestia ukryta w tytule dzieła muzycznego lub informacji na temat jego genezy. Może ona wyzwalać w konsumencie muzyki określone skojarzenia, co w konsekwencji prowadzi do tworzenia mniej lub bardziej mglistych wyobrażeń, strzępów fabuł czy po prostu myśli. Tak jest w rzeczy samej z albumem „Panoptikon” Rafała Kołackiego, o którym wiem tylko tyle że powstał przy okazji filmu Marcina Gładycha, o tym samym tytule. Rafał Kołacki czerpie impulsy z rzeczywistości, ale i wielu dziedzin współczesnej muzyki. Nie zapomina przy tym o walorach dźwięków serwowanych w pierwotnej postaci. „Panopticon” zawiera muzykę w szczególny sposób zredukowaną, często sprowadzoną niemal do stanu narodzin, jeszcze jakby  sprzed wykształcenia i wydzielenia się elementów muzycznych. Mamy tu do czynienia z pewnym przenikaniem się doświadczeń z różnych zakresów (niebagatelna rola zaproszonych gości), które ocierają się często o eklektyzm. Kołacki wyczulony jest na barwę, na ekonomię środków i formy, która zaskakuje swoją elastycznością. W każdej sekundzie słyszymy inne zespoły dźwiękowe, inne ich połączenia splatające się w organiczną całość. Zawsze jednak uwypuklony jest zwrot ku samej materii tworzenia i pewnej transformacji pierwotnego rytmu, czy odgłosów rzeczywistości. Przetworzone dźwięki „Panopticonu” towarzyszą konkretnym sytuacjom egzystencjonalnym – różnym wariacjom zniewolenia. Panoptikon to nazwa idei więzienia zaprojektowanego przez filozofa Jeremy’ego Benthama. Więzienia wymyślnego, które umożliwiałoby strażnikom obserwować więźniów tak, aby ci nie wiedzieli czy i kiedy są pod obserwacją. I choć idea panoptikonu nie została nigdy w pełni zrealizowana stała się symbolem elektrycznego nadzoru, któremu wszyscy bez wyjątku dziś podlegamy. Przecież nie widzimy tych, którzy obserwują nasze elektroniczne ślady, choć towarzyszy nam nieustanne wrażenie, że ktoś patrzy na to gdzie jesteśmy, co piszemy, na co wydajemy pieniądze…